Aktualności

Sobiesław Zasada: diabelska sprawa

Sobiesław Zasada osiągnął szczyty w karierze sportowej i biznesowej. Na sukces złożyło się wiele sytuacji i ludzi, ale przede wszystkim unikatowy charakter rajdowca. Jego żona, Ewa Zasada, nie bez powodu twierdziła, że „nie robią już teraz takich facetów”.

Przygodę ze sportem Sobiesław Zasada rozpoczął od lekkoatletyki, a jego największym osiągnięciem było dwukrotne zdobycie mistrzostwa Polski zrzeszenia Ogniwo Kraków – później Sparta Kraków – w pięcioboju. W 1949 r. Zasada został powołany do kadry narodowej, ale już w 1953 r. poważnie złamał nogę na nartach w Zakopanem. Lekarze przez dwa dni rozważali amputację, ostatecznie młodego sportowca uratowała cudem zdobyta penicylina. Wypadek wykluczył Zasadę z lekkoatletyki, miał on jednak jeszcze inną pasję – dyscypliną numer jeden był już wtedy dla niego sport samochodowy.

BOHATER HEMINGWAYOWSKI
Pierwsze sukcesy przyszły nadzwyczaj szybko. Już w 1952 r., jeszcze przed wypadkiem, początkujący kierowca wystartował w rajdzie Ojców–Kraków. Pilotem Zasady była jego ówczesna narzeczona Ewa, z którą ożenił się w tym samym roku. Rajd, choć krótki, był bardzo trudny z uwagi na obfite opady śniegu. Kto wie, czy „pierwszy raz” Zasady nie wpłynął na jego późniejsze upodobania, gdyż im bardziej morderczo zapowiadała się rywalizacja, tym chętniej brał w niej udział. Przykładem jest Rajd Akropolu, w którym – już w ramach eliminacji do Mistrzostw Europy – Zasada uczestniczył w 1966 r. Trasa liczyła 3090 km, a na jej przejechanie zawodnicy mieli 44 godziny (jechali nawet w nocy). Rywalizację dodatkowo utrudniał kurz, który wchodził Zasadzie i jego pilotowi, Zenonowi Leszczukowi, do ust oraz osiadał na szybie samochodu (spryskiwacze i wycieraczki przynosiły tylko krótkotrwały efekt). Zasada w książce „Moje rajdy” m.in. tak opisuje zmagania na trasie: „Wydaje się, że to się nigdy nie skończy. Mordercza praca. Nogi skaczą po pedałach niczym karabin maszynowy, ręce omdlewają z wysiłku. Przy tym trzeba zachować pełną koncentrację, a nieprzespane noce dają się poważnie we znaki. Jadę jak szybkobieżny automat, zdaję sobie sprawę, że do mety daleko, że ten 120-kilometrowy etap dopiero się rozpoczyna”.

Patrząc na poczynania Sobiesława Zasady, odnosi się wrażenie, że to archetyp „bohatera hemingwayowskiego” – człowieka, który nigdy się nie poddaje i za wszelką cenę walczy z przeciwnościami losu. A tych na trasach spotykał dziesiątki, o ile nie setki. Polak nie bał się rywalizować z innymi kierowcami w najbardziej odległych krajach, m.in. w Argentynie, gdzie odbywał się słynny Rajd Gran Premio. Zasada, wówczas fabryczny kierowca Porsche, zanim wziął w nim udział, stanął przed wieloma problemami. Ferry Porsche, szef niemieckiej marki, nie był przekonany co do startu w tak wymagającym rajdzie autem przeznaczonym na drogi asfaltowe. Mimo to syn Ferdinanda Porsche przekazał Zasadzie dwa samochody Porsche 911 (jeden model do treningu, drugi – do rajdu), a do tego części zamienne. Reszta, zwłaszcza serwis na trasie, zdobycie finansowania podróży i załatwienie transportu aut, leżała po stronie Polaka. – Byłem wtedy właściwie jedynym kierowcą, który wyjeżdżał sam, a nie w zespołach rajdowych, w których wszystkie formalności załatwiały związki. Wieloma sprawami zajmowałem się więc samodzielnie – przybliża Zasada. Dodatkowy problem stwarzało to, że do każdego dalszego zagranicznego wyjazdu potrzebny był nie tylko paszport, ale i wiza, której zdobycie było często uciążliwe. – Mój pilot, Jurek Dobrzański, wskutek problemów z uzyskaniem paszportu, dołączył do mnie na 2-3 dni przed startem w Gran Premio, co utrudniło nam wspólne poznanie trasy i trening – wspomina.

Dzięki wrodzonemu uporowi w 1967 r. Zasada stanął na starcie rajdu, który jest jednym z najciekawszych w jego całej karierze. Każdy start poprzedzały przygotowania, a Zasada przywiązywał zawsze ogromną wagę do skrupulatnego poznania trasy. – Podczas treningu Sobek potrafił na odcinku specjalnym spędzić nieraz dwa dni lub więcej, korygując notatki na temat drogi i dokonując zmian w aucie, tak żeby dawało sobie radę na zakrętach. Pod tym względem był to absolutny tytan pracy – ocenia Marek Wachowski, pilot Sobiesława Zasady w trzech rajdach: Safari, Londyn–Sydney oraz Londyn–Meksyk.

Rajdowiec wraz ze swoją żoną Ewą w trakcie Rajdu Polski (1966)

Ale nie zawsze dokładne poznanie trasy było możliwe. Tak stało się m.in. w wypadku Gran Premio. Kluczowe dla przebiegu rywalizacji było to, że polski kierowca znał tylko pierwsze 381 z 596 km ostatniego etapu rajdu. Zasada pokazał, jak w takiej sytuacji ważna jest taktyka. Polak przegrał przedostatni etap i miał problemy z podwoziem. Na spotkaniu z konkurentami powiedział więc, że wątpi, żeby „mógł na jutrzejszym etapie odegrać poważniejszą rolę”. Dodał, że natychmiast ustąpi tym, którzy będą chcieli go wyprzedzić. „Dajcie tylko sygnał i zapalcie światła, abym mógł nawet stanąć przy wyprzedzaniu, byle wam nie przeszkadzać” – przekonywał. Po tych słowach rozbrzmiały duże brawa, tymczasem Zasada zakładał, że to on będzie wyprzedzał, dlatego chciał, by Argentyńczycy, na których sympatię liczył, dawali mu wolną drogę. Rajdowiec tłumaczy, że miał do wyprzedzenia osiem aut i każdy chwyt taktyczny uważał za dobry. Mimo że towarzysze Zasady namawiali go do zmiany taktyki, on upierał się, że wyprzedzi wszystkich już na początku etapu. „Uderzenie musi nastąpić tam, gdzie jest najmniej spodziewane. Nokaut na pierwszych kilometrach to jedyny ratunek. Nie znam ostatnich 200 km i w końcówce nie wolno mi szaleć” – argumentował. Podczas wyścigu przez długi czas wszyscy sądzili, że Sobiesław Zasada i jego pilot zostali daleko w tyle, tymczasem obaj pędzili Porsche 911 przez ogromną mgłę, zostawiając za sobą rywali. Kiedy polscy zawodnicy wynurzyli się wreszcie z mgły, radiowy punkt sprawozdawczy komentował: „Co ten Zasada wyprawia? Pierwszy raz w Argentynie. Nie zna dróg. Jak mógł jechać tak szybko z ograniczoną do kilkunastu metrów widocznością? To diabelska sprawa”. Zasada i jego partner Jerzy Dobrzański zdobyli pierwsze miejsce, pokonując całą trasę Gran Premio w 23 godz. 30 min 44 sek., tym samym pobijając rekord trasy ustanowiony w 1964 r. przez niemieckiego kierowcę Eugena Böhringera.

1978 r. Sobiesław Zasada na trasie maratonu Londyn–Meksyk. Pilotem rajdowca był wówczas Marek Wachowski

ŹRÓDŁA SUKCESU
Do sukcesu sportowego Zasady przyczyniły się liczne osoby, m.in. Emil Dudziński, który był trenerem lekkoatletycznym młodego Sobiesława. Zasada używa wobec niego nie tylko słowa trener, ale i opiekun, wychowawca, a nawet powiernik i przyjaciel. To pod okiem nieżyjącego już od przeszło 40 lat trenera Zasada nauczył się systematycznej i metodycznej pracy. – Odegrał on także dużą rolę w nauczeniu mnie gry fair play oraz ergonomii ruchu, która jest niezbędna do sportowego zwycięstwa, także w rajdach – zauważa Zasada. Przykładem innej znaczącej postaci w życiu rajdowca jest Marian Ripper, brat przedwojennego mistrza kierownicy Jana Rippera, który prowadził kursy nauki jazdy, w których Zasada uczestniczył już w wieku 15 lat (po przeprowadzce z rodzicami z Dąbrowy Górniczej do Bielska-Białej).

W okresie Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nie wystarczali jednak wspaniali trenerzy: potrzebne były też odpowiednie koneksje. – Sobek uważany jest przez złośliwe języki za pieszczocha PRL-u. To nieprawda. Aby móc jeździć na rajdy, trzeba było ciężko pracować prywatnie, organizować inicjatywy, robić interesy, a wszystko to było tępione przez PRL-owskie władze – zwraca uwagę pilot Zasady Marek Wachowski. Przyznaje zarazem, że Sobiesławem Zasadą zainteresował się premier Józef Cyrankiewicz, który sam pasjonował się samochodami. Andrzej Klima w swojej książce „Jak w kabarecie. Obrazki z życia PRL” pisze o Cyrankiewiczu: „Był królem życia, miłośnikiem pięknych kobiet, szybkich samochodów i dobrego jedzenia. Czyli tego wszystkiego, co w rozumieniu Gomułki było synonimem kapitalistycznego zgniłego Zachodu”. – Znajomym Sobka był redaktor naczelny „Przekroju” Marian Eile. Cyrankiewicz wziął od niego numer Sobiesława. I kiedy premier zadzwonił do Sobka, ten, sądząc, że to żarty, odłożył słuchawkę. Ale Eile powiedział Sobkowi przez telefon, że naprawdę dzwonił szef rządu, więc jak Cyrankiewicz będzie znowu telefonował, to żeby z nim porozmawiał – tłumaczy Wachowski. Dodaje, że od tego momentu niektóre sprawy, i to nie tylko sportowe, szły Zasadzie zupełnie inaczej niż dotychczas, bo wszyscy wiedzieli, że zna się z premierem.

92-letni dziś rajdowiec przypomina tymczasem PRL-owskie trudy, wracając wspomnieniami do okresu, gdy w Krakowie, w którym mieszkał, funkcjonował Urząd Bezpieczeństwa. – Działy się wówczas rzeczy nieprawdopodobne. Ile ja miałem wezwań, rozmów… Raz dwóch panów pojechało ze mną na Słowację – taka specjalna wycieczka, spaliśmy nawet w jednym pokoju. Namawiali mnie do współpracy. Ale się nie dałem. Uważam to za swój największy sukces. Przez rok nie dostawałem paszportu, nie wyjeżdżałem za granicę, gdzie mógłbym się ścigać, bo mnie blokowali – zdradza Zasada.

PO LATACH ZNOWU NA SAFARI
Od tamtego czasu upłynęło wiele lat, a Zasada, już w normalnych warunkach, wciąż chętnie staje do sportowej rywalizacji. Rajdowiec wzbudził sensację, gdy ujawnił, że jako 91-latek weźmie w 2021 r. udział w Rajdzie Safari. Poprzednim razem startował w nim w 1997 r., a jego pilotem była żona Ewa (wywalczyli wtedy drugie miejsce w grupie N, czyli obecnie WRC2). Najdłuższy Rajd Safari, na którego trasie stanął Zasada, miał ponad 6400 km (było to w 1972 r.), podczas gdy ubiegłoroczna edycja liczyła tylko 1134 km. Zasada twierdzi, że przed laty było o wiele trudniej, ale zdecydował się na udział z uwagi na magię Rajdu Safari, który jest jedyny w swoim rodzaju. „Inne rajdy bywają do siebie w jakiejś mierze podobne. Ten zaś jest absolutnie nie do podrobienia – takie zawody można urządzić tylko w tej części Afryki. I właśnie za tym tak bardzo tęskniłem” – opowiada Zasada w wywiadzie z Grzegorzem Chmielewskim opublikowanym w „Moich rajdach”.

Rajdowiec zachwala niepowtarzalne trasy poprzez sawanny, wspaniałe pejzaże, egzotyczną przyrodę i stada zwierząt, choć na Safari nie brakowało też niebezpiecznych sytuacji. Trudny moment zdarzył się w Rajdzie Safari sprzed 50 lat, w którym pilotem Zasady był Marian Bień: „Po około 5800 km zdecydowanie prowadziliśmy w rajdzie, w którym uczestniczyło pięć fabrycznych zespołów. 25 minut za nami jechały fabryczne Fordy. To była trzecia z rzędu noc rajdu. Na lewym zakręcie byłem przekonany (może w półśnie?), że droga prowadzi prosto. Szybkość wynosiła blisko 160 km/h. Ocknąłem się w powietrzu. Na szczęście wylądowaliśmy na plantacji ananasów. Ogromny huk. Zgasły światła i silnik. Wypadła przednia szyba. Czuliśmy szok i przerażenie, ale byliśmy cali”. Co zaskakujące, auto było wciąż sprawne, zawodnicy przykleili więc szybę, która okazała się cała, i ostatecznie zdobyli drugie miejsce, uplasowując się za Finem Hannu Mikkolą.

W ostatnim Rajdzie Safari Zasadzie zabrakło jednak trochę fartu. Na trzy kilometry przed metą na piaszczystej drodze utknęło sześć samochodów, więc Zasada zatrzymał się – i wówczas w tył jego Forda uderzyły nagle dwa inne auta, uniemożliwiając mu ukończenie rajdu. Mimo to wyczyn wtedy już 91-letniego rajdowca zrobił na wielu ogromne wrażenie. – Pan Zasada, startując w ubiegłym roku w Rajdzie Safari, pokazał, że wiek to tylko cyfra. Dzięki jego dokonaniu wiem, że jeśli, będąc 60-letnim sportowcem, wciąż potrafię wygrywać w Pucharze Świata FIA w rajdach terenowych z czołowymi zawodnikami, to mam szansę na dobre wyniki sportowe także w kolejnych latach – mówi kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc.

Sobiesław Zasada i Longin Bielak witani w fabryce Fiata w Bielsku-Białej, po tym jak w 1975 r. przejechali Maluchem w ciągu siedmiu dni 8 tys. km

TO JEST BAKCYL
Zasada zaczynał tymczasem karierę skromnie i pierwsze znaczące sukcesy (m.in. mistrzostwo Europy w 1966 r.) osiągał nie za kierownicą rajdowego Forda, tylko Steyr Pucha – niewielkiego samochodu austriackiej produkcji, który, wydawałoby się, nie miał szans z Volvo czy ze wspomnianym Fordem. Polak jeździł też Fiatem 126, którego do dziś darzy sentymentem. Nic więc dziwnego, że w lipcu 2022 r. wziął udział w wyprawie Maluchem z Bielska-Białej do Turynu, gdzie zapoczątkowano produkcję małego Fiata. Z okazji 50-lecia Malucha do przejechania było w ciągu czterech dni prawie 1500 km. Sobiesławowi Zasadzie towarzyszył, wówczas 96-letni, Longin Bielak. Wyprawa stanowiła dla obu powrót do przeszłości, gdyż Bielak i Zasada wystartowali w 1975 r. Fiatem 126 w Rajdzie Monte Carlo. Zasadzie i Bielakowi zależało wtedy, by pokazać Polakom, dla których Maluch był wielkim marzeniem, że można przejechać nim każdą trasę. – Chcieliśmy, żeby rodacy zobaczyli, że Maluch nadaje się do wszystkiego – turystyki, jazdy po mieście, a nawet sportu [tylko 14 aut osiągnęło metę bez spóźnień, w tym seryjny Fiat 126 – red.]. I to się udało. Wszyscy byli zachwyceni, kiedy wracaliśmy małym Fiatem do fabryki w Bielsku. Nasza tegoroczna wyprawa była nostalgicznym powrotem do tamtego czasu – relacjonuje Longin Bielak.

Sobiesław Zasada, biorąc udział w rajdach, często ryzykował zdrowiem i życiem, ale pasja była od niego silniejsza. „Tak, to jest bakcyl. Nie daje spokoju, ciągnie. Mimo ryzyka i niebezpieczeństwa jest w tym coś porywającego, bez czego nie można długo wytrzymać. Jesteśmy po prostu skazani na to, żeby jeździć, żeby walczyć” – wyznaje. Mistrz wciąż dba o formę i ma nadzieję, że, mając 95 lat, weźmie po raz kolejny udział w Rajdzie Safari. Patrząc na to, jak się dziś trzyma, trudno o wykluczenie takiego scenariusza.

Zasada i Bielak wzięli w lipcu tego roku udział w czterodniowej wyprawie Fiatem 126 z Bielska-Białej do Turynu. Było to dla obu nostalgicznym powrotem do Rajdu Monte Carlo z 1975 r.

Zasada codziennie pokonuje spacerem co najmniej kilka kilometrów, podnosi ciężary, a zamiast jazdy windą wybiera chodzenie po schodach. W dodatku zdrowo się odżywia, dzięki czemu waży obecnie tyle, co w wieku 20 lat. Krzysztof Hołowczyc, który już nieraz spotkał rajdowego mistrza, zwraca z kolei uwagę na skromność 92-latka. Jej wyrazem jest choćby to, że Zasada, mimo zgromadzenia naprawdę znaczącego majątku, po raz pierwszy latał biznes klasą w 2021 r. przy okazji wyjazdu na Rajd Safari (i zadziało się to nie z jego inicjatywy, tylko wnuków rajdowca – Daniela i Artura Chwistów). – Na mnie i na innych zawodowych kierowcach wrażenie robi to, że pan Zasada, choć bardzo skuteczny w swoich działaniach, nigdy nie wychodził przed szereg. To cechy prawdziwego mistrza – przekonuje Hołowczyc.

Skontaktuj się z autorem
Piotr Burakowski
REKLAMA
Zobacz również
Aktualności
Volkswagen nie zareaguje na obniżki w Tesli
Redakcja
31/1/2023
Aktualności
Ford z masowymi zwolnieniami w Europie
Redakcja
30/1/2023
Aktualności
Polacy chcą używanych aut za 25-50 tys. zł
Redakcja
27/1/2023
Miesięcznik Dealer
Jedyne na rynku pismo poświęcone w 100 proc. tematyce zarządzania autoryzowaną stacją dealerską. Od ponad 12 lat inspirujemy właścicieli, menedżerów i szefów poszczególnych działów dealerstw samochodów.