Wydarzenia

Przeciętność nas nie interesuje


O filozofii prowadzenia firmy rodzinnej, która zatrudnia blisko 200 osób, właścicielskim zarządzaniu oraz niebagatelnym znaczeniu zgodności charakterów – rozmawiamy z Janem i Andrzejem Garcarkami, laureatami nagrody Człowieka Roku Miesięcznika Dealer.

Nagroda, którą panowie otrzymali, jest mocno osobista. Dlatego zaczniemy rozmowę trochę inaczej niż zwykle. Co robiliby dzisiaj bracia Garcarkowie, gdyby 40 lat temu nie zajęli się wspólnie motoryzacją? Był w ogóle inny pomysł na panów zawodowe życie?

Jan Garcarek: Motoryzację mamy wpisaną w dowodzie. Innej drogi nigdy nie było. W 1979 r. pojechałem do Niemiec pracować jako mechanik. Minęło parę lat, wróciłem do kraju, brat skończył w międzyczasie szkołę zawodową. Poszedłem do zakładu, w którym Andrzej odbywał wówczas staż. Położyłem na stół – jako rekompensatę dla majstra – zarobione w Niemczech 1500 marek i oznajmiłem: „Jutro brat już nie przyjdzie. Idziemy na swoje”.

Andrzej Garcarek: Szczerze mówiąc, to nigdy nie zastanawiałem się nawet, czy mógłbym robić coś innego. Gdy brat wziął mnie do siebie do warsztatu, miałem 18 lat, to był 1983 r. Od małego interesowałem się motoryzacją i mechaniką, z myślą o tym zawodzie kończyłem szkołę średnią w Kaliszu. Otworzenie z bratem własnej działalności zdawało się naturalne.

 

Uruchamiając własny warsztat, zakładaliście sobie, gdzie chcecie być za 5 czy 10 lat?

JG: Tego się nie planowało. Chcieliśmy po prostu naprawiać samochody i na tym zarabiać.

AG: Niespecjalnie był zresztą na planowanie czas. Otworzyliśmy trzy skromne stanowiska, aut do naprawiania nie brakowało. Tymczasem początkowo pracowaliśmy zupełnie sami, nie mając do pomocy choćby jednego ucznia. Zaczynaliśmy rano, kończyliśmy w ciemnościach. Do dziś pamiętam, jak któregoś razu odeszliśmy w środku nocy od swoich kanałów i nieco zrezygnowani pytaliśmy się nawzajem czy tą robotą do czegoś dojdziemy. Udało się.

 

To kiedy udało się dojść do pierwszej poważnej inwestycji?

AG: Mniej więcej po 4-5 latach. To wtedy rozbudowaliśmy warsztat, otworzyliśmy małą blacharnię – jeszcze w miejscu, gdzie mieści się nasz obecny serwis blacharsko-lakierniczy. Firma zatrudniała już kilku pracowników, pojawiły się osoby od przyjmowania zleceń. Można powiedzieć – namiastka profesjonalizacji. Natomiast najpoważniejsza decyzja biznesowa, czyli podpisanie autoryzacji serwisowej z Mercedesem, zapadła w 1996 r. Wówczas pojawiła się bowiem potrzeba budowy zupełnie nowego obiektu – bliżej głównej drogi, w miejscu, w którym znajdujemy się dzisiaj. Wraz z wprowadzeniem się do świeżo postawionej siedziby, w 2000 r. otrzymaliśmy również autoryzację na sprzedaż samochodów osobowych. Wcześniej przez parę lat funkcjonowaliśmy jeszcze jako agent innego dealera.

 

Przedstawiciele producenta nie dziwili się, że chcecie sprzedawać Mercedesy na polu pod Kaliszem?

JG: Dziwili się. Powiem więcej. Gdy pierwszy raz przyjechała do nas delegacja z Niemiec, jej szef, widząc pod naszym serwisem kilkanaście S-klas, do tego z rejestracjami z całej Polski, powiedział krótko: albo jakaś mafia, albo są tak dobrzy. Trzeciej możliwości nie ma.

AG: Na szczęście mieliśmy już w branży określoną renomę, więc bardziej przychylił się do tej drugiej opcji. A my systematycznie dokładaliśmy do działalności następne „szparty”: serwis i sprzedaż samochodów dostawczych, a następnie serwis i sprzedaż ciężarówek.

 

Jak właściwie doprowadziliście do tego, że do waszej stacji zaczęły przyjeżdżać samochody z naprawdę różnych stron Polski, w tym z tych najbardziej odległych?

JG: Myślę, że jednym z powodów było to, że w latach 80. i 90. mechanicy „bali się” Mercedesów. Nie znam serwisów, w których ktoś odważyłby się wówczas rozebrać Mercedesa „140” właściwie do zera, kabel po kablu. A brat to robił. To nas promowało.

AG: Tym bardziej, że nie można było – tak jak teraz – podłączyć auta pod komputer, który niemal samodzielnie stawia diagnozę. Nie mieliśmy nawet swobodnego dostępu do wiedzy, technologii, schematów. Do wszystkiego dochodziło się metodą prób i błędów, doświadczeniem, niekiedy intuicją. Pamiętam klienta, który przez dłuższy czas nie mógł sobie poradzić z „trzaskami” w silniku, które pojawiały się na wolnych obrotach, przy puszczonym sprzęgle. Wydał sporo pieniędzy, między innymi wymienił całe sprzęgło, naprawiał skrzynię biegów – i nic, jak trzaskało, tak trzaska! Gdy klient przyjechał do nas, brat załatwił sprawę w kilkanaście minut! Okazało się, że problemem był zbyt rzadki olej silnikowy. Wymieniliśmy olej, przejechaliśmy się kawałek – auto chodziło bez zarzutu. Klient jest z nami do dzisiaj.

JG: Natomiast żeby nie było wątpliwości – to nie tak, że nie zapłaciliśmy frycowego. Płaciliśmy i to bardzo dużo. Nie raz byliśmy u kresu wytrzymałości, również finansowej. Pamiętam początek ery silników „240”. Ileż kosztowało nas ich rozpracowanie… Nerwów, ale i pieniędzy, choćby na części i narzędzia, które przeważnie wcale nie rozwiązywały problemu. Zdarzało się, że walczyliśmy z jednym autem trzy tygodnie, rozbierając silnik 5-6 razy! Ale jak już doszliśmy, gdzie leży problem, mieliśmy u siebie całe podwórko „240”.

Jan (z lewej) i Andrzej Garcarkowie prowadzą firmę wspólnie od 1983 r. Zaczynali we dwóch, jak sami wspominają – pracując od rana do nocy.
Jedną z recept na sukces ma być bezgraniczne zaufanie, jakim od początku darzą się bracia

 

Wspomnieliście panowie, że zaczynaliście we dwóch. Teraz zarządzacie 180-osobową firmą. Łatwiej „rozgryzać” w kanale tajniki nowych silników czy zarządzać ludźmi?

AG: Zarządzanie jest faktycznie trudne, ale najlepszą metodą na zdobycie szacunku u załogi jest pokazanie jej własnego zaangażowania i tego, jak bardzo nam samym zależy na tej firmie. Jeśli pracownicy widzą, że właściciele przychodzą do pracy pierwsi, a wychodzą ostatni, to kształtuje się również ich podejście. Bardzo tego z bratem pilnujemy. W zasadzie nie ma dnia, żeby przynajmniej jednego z nas nie było w firmie. Nawet na urlopy i dłuższe spotkania staramy się jeździć oddzielnie. Zarządzamy z bliska. Lubimy podejść do stanowiska, sprawdzić, co robi mechanik, przejechać się naprawianym samochodem, skontrolować. Co jakiś czas robimy nawet wewnętrznego „tajemniczego klienta”: rzecz polega na tym, że sami „psujemy” coś w aucie, nie mówimy nic mechanikowi, a potem czekamy, czy znajdzie usterkę. Któryś z nas jest również zawsze obecny przy wydaniu auta klientowi. Pracownicy to wszystko widzą. Zresztą chyba mamy do nich szczęście. Rotacja załogi jest bardzo mała. Już pierwszy uczeń, który dołączył do naszej dwójki, jest z nami do dzisiaj – został szefem działu pojazdów ciężarowych. Takich przypadków mamy więcej.

 

A to, że jesteście firmą rodziną, wyłącznie pomaga, czy czasem też przeszkadza?

JG: Uważam, że za naszym sukcesem stoi w dużej mierze właśnie zgodność charakterów i 100-procentowe wzajemne zaufanie. Nikomu nie byłbym w stanie zaufać w biznesie tak mocno jak bratu. Fakt jest taki, że wiele spółek, także dealerskich, prędzej czy później się rozpada. Niektóre po paru miesiącach, inne po 20 latach. My działamy już prawie 40 lat. Fakt, że przetrwaliśmy je w pełnej zgodzie będzie chyba najlepszą odpowiedzią na panów pytanie.

AG: Poza tym cieszymy się, że do firmy dołączyły już nasze dzieci oraz ich drugie połowy. Każdy ma swoją działkę i ma co robić. To duża satysfakcja, że stworzyliśmy coś nie tylko dla siebie, ale też dla naszych rodzin.

 

Do tego stworzyliście dealerstwo uchodzące – przykładając obroty do zysku – za jedno z najbardziej rentownych w Polsce. Jaki model biznesowy do tego doprowadził? Bazujecie głównie na skali działania, osiągając – przypomnijmy – ponad 20 tysięcy zleceń serwisowych rocznie? A może bardziej niż inni pilnujecie marż w dziale handlowym?

JG: Na pewno mamy nieco niższe stawki roboczogodziny niż serwisy Mercedesa w Warszawie czy Poznaniu. Ale ważniejsze jest co innego, oczywiście poza podkreślaną wcześniej fachowością. Trzymamy przy sobie klientów sprawnością obsługi, szybkością podejmowania decyzji, również tych ważniejszych, które wymagają zgody właścicieli. To także dlatego choć jeden z nas jest zawsze na miejscu. Klient oczekuje konkretów – jeśli chce coś załatwić, czegoś się dowiedzieć, to liczy, że zrobi to od ręki. I my możemy mu to dać.

AG: O tym, że jesteśmy zyskowni, decyduje też to, że nasi mechanicy niemal w ogóle nie czekają i nie chodzą za pracą. To praca czeka na nich. Rozdział zadań odbywa się u nas w ten sposób, że to mistrz przygotowuje mechanikowi samochód do naprawy. 15 minut przed skończoną pracą mechanik informuje mistrza, że lada chwila będzie wolny, a ten szykuje mu już kolejne auto. Podobnie jest z częściami. Mechanik idzie do magazynu w zasadzie po gotową „paczkę”. Słowem – nikt nie traci czasu na robienie „nieswoich” rzeczy.

Andrzej Garcarek odbierający nagrodę na Kongresie Dealerów. Dealerstwo Mercedesa rodziny
Garcarków należy do najbardziej rentownych, zaś sam serwis do najbardziej obłożonych w kraju

 

W styczniu tego roku skończyliście dużą inwestycję w obiekty: połączyliście dwa odrębne budynki, zwiększyliście powierzchnię wystawienniczą, część restauracyjną, zbudowaliście specjalne pomieszczenie do wydawania nowych samochodów. Co dalej? Znając panów podejście, już planujecie kolejne inwestycyjne wyzwania.

AG: Ten rok jest rzeczywiście dość intensywny. Zbyt dużo czasu na odpoczynek nie będzie. Musimy pilnie powiększyć myjnię, a także serwis aut osobowych, które przy naszym obecnym poziomie sprzedaży stały się zwyczajnie za małe. W dalszej kolejności zamierzamy rozpocząć budowę odrębnego budynku VanPro, czyli salonu dedykowanego samochodom dostawczym Mercedesa, a następnie budowę zupełnie nowej blacharni-lakierni, która stanowi obecnie jedyny dział dealerstwa zlokalizowany poza naszą główną lokalizacją. W tej chwili realizujemy około 110-120 zleceń powypadkowych miesięcznie, a moglibyśmy robić spokojnie 150-160. Stąd nowa blacharnia będzie nieco większa niż poprzednia. Jak zatem widać, mamy w planach cztery inwestycje i każdą z nich chcemy zacząć jeszcze w 2017 r.

JG: Co jednak najważniejsze, każdą z nich bardzo starannie planujemy i w realizacji każdej z nich aktywnie uczestniczymy. Inwestycja zawsze wprowadza do firmy ryzyko, trzeba uważać, żeby nie przestrzelić. Dzisiaj inwestycje w mury nie są w Polsce wcale tańsze niż te realizowane na Zachodzie, za to zwracają się o wiele dłużej. Może i mamy potencjał, aby w krótkim czasie naprawiać w blacharni ponad 200 aut. Ale skąd mam wiedzieć, co będzie za 2 lata? Inwestujemy rozsądnie i ostrożnie – to nasza zasada. Szczególnie że inwestujemy ze środków własnych, bez posiłkowania się kredytem. Rozbudować budynek zawsze można, gorzej jeśli zbuduje się za duży obiekt, po którym będzie hulał wiatr.

 

Czy właśnie chęć osobistego zarządzania z bliska, codziennego doglądania firmy, to element, który decyduje o tym, że nie decydują się panowie na otworzenie nowej lokalizacji? To akurat ruch, który rozwijający się dealerzy – również w sieci Mercedesa – wykonują coraz częściej?

JG: Coś w tym jest. Zarządzanie firmą na odległość, wyłącznie na wskaźnikach i słupkach, nie zastąpi naszym zdaniem właścicielskiej ręki i obecności na miejscu. Sądzę, że nie bylibyśmy w stanie prowadzić „zdalnego” oddziału tak samo dobrze. A przeciętność nas nie interesuje.

AG: Taki mamy pomysł na ten biznes, co oczywiście nie znaczy, że jest on jedyny czy najlepszy. Jeśli jednak obrana ścieżka się sprawdza, po co ją zmieniać? Jestem przekonany, że w branży będą osiągać sukces zarówno grupy dealerskie z kilkoma lokalizacjami, jak i firmy rodzinne – nawet coraz większe – działające w jednym miejscu, choćby takie jak nasza. Ciągle mamy jeszcze duży potencjał rozwoju na naszym rynku. I chcemy to robić. Trochę w myśl powiedzenia, że dopóki starczy ci trawy na swoim pastwisku, nie zaglądaj na cudze.

 

 

Ładowanie