Wydarzenia

Dealerzy po pracy: Marek Romanowski


Firma Marka Romanowskiego sprzedała w 2018 r. ponad 3,5 tys. nowych samochodów, a obecnie jest w trakcie realizacji imponującej inwestycji w Krakowie. Wpływ na biznesowe sukcesy dealera ma m.in. umiejętność dzielenia czasu pomiędzy pracę i pasję.

Miłość do wędkarstwa już w dzieciństwie zaszczepił we mnie wujek, z którym spędzałem wiele godzin nad pobliskimi jeziorami i rzekami. Moja pierwsza karta wędkarska została wydana w 1961 r. Wtedy nawet w tak małych zbiornikach jak rzeka Pilica czy Radomka można było złowić naprawdę piękne okazy węgorza, okonia, szczupaka, płoci czy miętusa. Nie mówiąc już o rakach, które obecnie są u nas rarytasem. Wystarczyło wrzucić sieci i żabę, a po pół godzinie można było wyłowić kilkanaście pięknych, zdrowych, a przede wszystkim pysznych raków!

W latach 80. i 90. z uporem jeździłem wędkować na Mazury. To były piękne czasy. Tamtejsze jeziora nie były tak wyeksploatowane jak dziś, było mniej turystów i kłusowników. A przede wszystkim było bezpiecznie. Dla mnie sygnałem, że należy wybrać inne miejsca do wędkowania była sytuacja, w której nas okradziono. Było nam przykro, ponieważ Mazury to jeden z ukochanych rejonów Polski. Niestety przez złe zarządzanie włodarzy mazurskich miast i miejscowości oraz brak wyobraźni mieszkańców tamte tereny stały się wędkarską pustynią…

Kierunek: Skandynawia
W 2001 r. po raz pierwszy postanowiliśmy wyruszyć na połów ryb dalej. Jako kierunek wybraliśmy Szwecję. Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na czas dojazdu. Na każdą wyprawę zabieramy ze sobą łódkę, w związku z tym staramy się wybierać miejsca, w które można dojechać w maksymalnie kilkanaście godzin. Podróż do Szwecji, mimo iż trasa ma ponad tysiąc kilometrów, nie jest uciążliwa. Najpierw jedziemy do portu nad Bałtykiem, kolejny odcinek pokonujemy promem, a potem jeszcze jeden etap jazdy autem. Co dość istotne, dzięki przerwie od jazdy, którą mamy na promie, dojeżdżając na miejsce, nie jesteśmy aż tak bardzo zmęczeni i nie musimy poświęcać całego dnia na odpoczynek i regenerację. Praktycznie od razu po rozpakowaniu rozpoczynamy więc wędkowanie. W końcu… po to tam jeździmy!

Na wyprawy do Szwecji wyjeżdżamy dwa razy w roku. Okres ochronny dla drapieżników w akwenach słodkowodnych kończy się 31 maja, dlatego zawsze na początku czerwca mamy zaplanowany pierwszy wyjazd. Lubimy różnorodność, więc nie przywiązujemy się do jednego miejsca i odwiedzamy różne rejony tego kraju. Szwecja to naprawdę ciekawe miejsce i warto się tam wybrać. Niesamowity jest chociażby fakt, że w okresie letnim na północy kraju dzień wędkarski trwa całą dobę, ponieważ w tym czasie słońce w ogóle nie zachodzi. W tym roku wybieramy się nad jezioro Fegen.

Opowiadając o mojej wędkarskiej pasji, cały czas używam liczby mnogiej, ponieważ nigdy nie jeżdżę sam. Kompanem moich podróży jest mój serdeczny przyjaciel. To bardzo ważne, aby na takie wyjazdy wybierać się z osobami, które się doskonale zna i z którymi się dogaduje. Wiadomo, że na łodzi spędza się wspólnie wiele godzin, poza tym trzeba mieć do siebie duże zaufanie. Po powrocie z łowiska jest zresztą jeszcze sporo pracy do wykonania, dlatego dobrze jest się nią dzielić. Mam na myśli chociażby sprzątanie w domku, przygotowywanie posiłków, zmywanie naczyń czy filetowanie złowionych ryb.

Przezorny zawsze ubezpieczony
Najciekawsze okazy, jakie udało mi się wyłowić, to przede wszystkim olbrzymie miętusy, które w polskich jeziorach są obecnie bardzo rzadkie. Największy miętus, jakiego udało mi się wyciągnąć z wody w Szwecji, ważył około 10 kg. Nie ma chyba nic pyszniejszego niż świeża wątróbka z tej ryby. Jestem też dumny ze szczupaków, bo choć nie są one cenione przez wielu wędkarzy, uważam, że szczupak wyłowiony z czystej wody i odpowiedniej głębokości, to naprawdę wyjątkowo smaczna ryba. Nie mogę nie wspomnieć także o sandaczach, okoniach i węgorzach.

Od zawsze wędkowałem w akwenach słodkowodnych i nie ciągnęło mnie specjalnie w miejsca, gdzie można łowić ryby słonowodne, jak dorsze czy halibuty. Raz wybraliśmy się na Szkiery św. Anny, jednak bardzo zniechęcił nas… śledź bałtycki! Było go tak dużo, że nie pozwalał podpłynąć do przynęty żadnej innej rybie. Po tej wyprawie doszliśmy do wniosku, że lepiej nie zbliżać się do morza. Tym bardziej, że w Szwecji jest ponad 95 tys. jezior! Jest więc w czym wybierać.

Podczas wypraw zdarzały się też sytuacje niebezpieczne. Choćby ta, kiedy potężny szkwał – mimo że łódź z jednej strony była umocowana na tylnej kotwicy, a z drugiej przywiązana do pomostu – zerwał mocowania i targał nią tak mocno, że rozbiła się o przybrzeżne skały. Uszkodzenia były naprawdę poważne. Na szczęście w tym momencie nikogo nie było na pokładzie. Takie sytuacje jeszcze bardziej utwierdzają mnie w przekonaniu, że podczas podróży jednym z najważniejszych elementów przygotowania jest odpowiednie ubezpieczenie. Nie tylko łodzi i osprzętu, ale też człowieka, bo choć wędkowanie może wydawać się bardzo spokojnym pomysłem na spędzanie czasu, wcale takie nie jest. Podczas połowów przynęta wylatuje ze szczytówki, czyli końcowej części wędki, z prędkością nawet 400 km/h. Wystarczy, że ktoś popełni błąd lub zablokuje mu się kabłąk, czyli kołowrotek, i taka przynęta z bardzo ostrą końcówką może uderzyć w człowieka. Wtedy najczęściej niezbędna jest pomoc szpitalna.

Najważniejszy jest plan
Dzięki wyjazdom do Szwecji, podczas których mogę skupić się wyłącznie na robieniu tego, co sprawia mi ogromną przyjemność, wracam do pracy w dealerstwie ze zdwojoną siłą i wieloma nowymi pomysłami. Swoją drogą, nigdy nie rozumiałem kolegów z branży, którzy twierdzą, że brakuje im czasu na pasje. Według mnie to nie brak czasu jest problemem, a brak… porządnego planu. Moim zdaniem w pewnym momencie życia posiadanie hobby, dzięki któremu można się zupełnie „zresetować”, to wręcz obowiązek. Wystarczy tylko wszystko odpowiednio wcześnie zaplanować. Kiedy długo prowadzi się biznes, nawet bardzo duży, ma się wokół siebie wiele osób, które mogą zastąpić szefa przez tydzień lub dwa. I nie stanowi to dla działalności firmy żadnego problemu. Jestem na to najlepszym przykładem! I każdemu polecam znalezienie sobie zajęcia, dzięki któremu raz na jakiś czas można się zrelaksować.

Kiedy jestem w Polsce, staram się jak najczęściej wyjeżdżać chociaż na kilka godzin na pobliskie akweny. Jako że posiadam dużą, aluminiową łódź, wybieram jeziora, które mają prawidłowo przygotowane slipy, czyli miejsca, gdzie łodzie opuszczane są na wodę. Często wędkuję więc na Zalewie Wióry i na Zalewie Domaniowskim.

Nie zapominam także o pasji mojej żony Elżbiety, która uwielbia podróże. Wspólnie, dzięki Toyocie, która od wielu lat przygotowuje dla swoich dealerów perfekcyjnie zorganizowane wycieczki, mieliśmy możliwość zwiedzenia wielu pięknych miejsc. Możemy realizować tę pasję, docierając do coraz dalszych i coraz bardziej niesamowitych zakątków. I bardzo cieszymy się z żoną, że także nasze dzieci i wnuki chcą z nami podróżować i zwiedzać świat.

Marek Romanowski
twórca i współwłaściciel grupy dealerskiej Romanowski (Toyota, Lexus) z oddziałami w Radomiu, Kielcach i Krakowie