Wydarzenia

Dealerzy po pracy: Maciej Bołtowicz


Dyrektor zarządzający warszawskich salonów Alfy Romeo i Mazdy. Prywatnie entuzjasta sportu, a przede wszystkim – wspinaczki górskiej.

Najważniejsza jest dla mnie rodzina, dlatego wolny czas przede wszystkim staram się spędzać z żoną i naszym 13-letnim synem. Mój tata często powtarzał przysłowie: „małe dzieci – mały problem, duże dzieci – duży problem”. Oczywiście tak naprawdę dzieci to nie problem, a raczej wyzwanie, ale rzeczywiście wychowywanie syna wymaga sporo uwagi. Przez długi czas byłem typowym tatusiem, który siedzi na kanapie i „ćwiczy” palec pilotem. Jednak w pewnym momencie taka forma spędzania, a raczej marnowania wolnego czasu zaczęła mnie męczyć. Przyglądałem się ludziom, którzy „coś” robią – uprawiają sporty, podróżują, mają ciekawe hobby, i mimo że dużo czasu poświęcają na pracę, potrafią też znaleźć energię na pielęgnowanie swoich pasji. Pamiętam, że myślałem – ale oni mają fajnie! Aż w końcu doszedłem do wniosku, że przecież ja też mogę robić to, co chcę.

 

Bieganie? To nie dla mnie

Zacząłem intensywnie uprawiać różne dyscypliny. Najpierw było bieganie i choć wiem, że to niezbyt popularna opinia, był to najnudniejszy sport, jaki kiedykolwiek uprawiałem. Przez półtora roku biegałem niemal codziennie. Powód tak częstych treningów był prosty: jestem mistrzem wymówek i wiedziałem, że jeśli zrobię sobie choćby jednodniową przerwę, to będą pojawiały się kolejne preteksty, aby nie pójść na trening. Tak intensywne uprawianie sportu nie skończyło się jednak zbyt dobrze, bo przy temperaturze minus 20 stopni odmroziłem sobie skórę na twarzy. Po prostu nie do końca znałem się na tym, co robię. Teraz już wiem, że wiedza o danej dyscyplinie jest tak samo ważna jak determinacja, która pozwala osiągać dobre wyniki.

Po kilkunastu miesiącach bieganie zupełnie mi się znudziło i zacząłem szukać innych dyscyplin, które mógłbym uprawiać. Myślałem sobie, że skoro inni mogą uprawiać różne dyscypliny bez względu na wiek czy formę fizyczną, to ja też mogę spróbować. Wiedziałem, że nie zostanę mistrzem świata, nie będę uprawiał żadnego sportu na poziomie olimpijskim, i że jest wielu lepszych ode mnie, ale chciałem próbować. Zacząłem od sportów, z którymi miałem styczność w dzieciństwie: kitesurfingu i karate. Poznałem też kolegę, który zaraził mnie sztukami walki. Zacząłem od muay thai, ponieważ ta dyscyplina zawsze bardzo mi się podobała. Okazało się jednak, że nie jest to tak proste, jak wygląda na filmach i wymaga sporo poświęcenia. Próbowałem także boksu. Tam z kolei droga od rozpoczęcia treningów do stoczenia pierwszej walki jest bardzo długa. Co ciekawe, treningi rozpoczyna się od nauki… chodzenia, a opanowanie prawidłowej postawy bokserskiej to już naprawdę nie lada wyczyn. Ale boks to bardzo fajna zabawa! Kiedy nadchodzi okres zimowy jeżdżę na nartach i snowboardzie. Zdarzało mi się także skakać ze spadochronem. Bardzo lubię dyscypliny, które sprawiają, że mogę ze sobą powalczyć. Taką walkę toczyłem przy każdym skoku, ponieważ mam lęk wysokości i każde wyjście z samolotu na wysokości kilku tysięcy metrów było dla mnie ogromnym wyzwaniem.

 

Wspinaczka na Youtubie

W pewnym momencie dyscyplin, które uprawiałem, było tak dużo, że musiałem ustalić plan treningowy i wybrać te, które sprawiają mi najwięcej przyjemności. Po opracowaniu harmonogramu okazało się, że miałem 9 treningów w tygodniu! Pamiętam, że moja żona żartowała, że częściej widuję się z kolegami na treningach niż z nią. Tak intensywne ćwiczenia skończyły się jednak poważną kontuzją kolana i dwiema operacjami. Musiałem trochę zwolnić, ale dzięki odpowiedniej rehabilitacji wracam już do formy. W tej chwili najwięcej czasu poświęcam na wspinaczkę – zarówno na ściankach sztucznych, jak i w terenie. I choć są to dwie różne dyscypliny, obie sprawiają mi wiele radości.

Wspinaczka po sztucznych ścianach to raczej rodzaj przygotowania przed wyjazdem w skały. Na panelu są drogi o różnych trudnościach, dzięki czemu praktycznie każdy może się wspinać. Kiedy jestem w Warszawie, trenuję z instruktorem trzy razy w tygodniu. Najczęściej na Warszawiance, jednak w stolicy jest naprawdę mnóstwo ciekawych ścianek. Wspinaczka staje się coraz bardziej popularna. Co ciekawe, nasza firma od dawna propaguje ją wśród swoich klientów. Już w 2015 r. stworzyliśmy Akademię Wspinania Mazda Bołtowicz. Przez kilkanaście miesięcy nagrywaliśmy z ekspertami w tej dziedzinie filmy instruktażowe, które umieszczaliśmy na naszym kanale na YouTube. Filmy mają już po kilkaset tysięcy wyświetleń, a kiedy zakończyliśmy projekt, otrzymaliśmy mnóstwo maili z prośbami o kolejną serię. Postanowiliśmy zresztą kontynuować te działania, tym razem skupiając się na innej dyscyplinie – triathlonie. Ale wracając do wspinaczki – myślę, że duży wpływ na popularność tego sportu ma fakt, że w rzeczywistości jego uprawianie nie wymaga dużych nakładów finansowych. Nie trzeba kupować specjalistycznego sprzętu, a wejście na ścianę kosztuje około 30 zł. Oczywiście na początek warto byłoby zainwestować w kilka godzin z instruktorem, jednak to również nie są wielkie koszty, choćby w porównaniu z kosztami zajęć fitness.

 

Włoski w samochodzie

Kiedy tylko mogę, wyjeżdżam, aby wspinać się w skałach. Wspinaczka w warunkach naturalnych to zupełnie inne wyzwania niż sztuczna ściana. Nie mamy już kolorowych „guzików”, które wyznaczają
drogę – trzeba ją odczytać samemu, w skale. Tego rodzaju wspinaczki trzeba się nauczyć. Choć w Polsce jest bardzo dużo fajnych miejsc do wspinania, to nie ukrywam, że najbardziej lubię uprawiać ten sport za granicą. Najczęściej wspinam się w Grecji na wyspie Kalymnos.

 

 

To prawdziwa mekka dla osób uprawiających wspinaczkę, są tam ponad trzy tysiące dróg wspinaczkowych. Aby się wspinać, jeżdżę też do Hiszpanii, Włoch i Francji. Może się wydawać, że na taki wyjazd powinno się mieć duży budżet. Z doświadczenia wiem, że to nieprawda. Jeśli wyprawa zostanie dobrze zaplanowana, to tygodniowy wyjazd za granicę kosztuje tyle, co dłuższy weekend w Polsce. Obecnie aby pogodzić treningi z pracą i rehabilitacją na siłowni, wstaję o 5.30, a trening zaczynam o 6.30. Około 8.00-9.00 jestem już w pracy, a kiedy uporam się z wszystkimi obowiązkami, po południu także staram się ćwiczyć. Odpowiednie rozplanowanie dnia pozwala mi na efektywne wykorzystanie czasu. Aby marnować go jak najmniej, nie mam w domu telewizora. Wolny czas wykorzystuję, czytając książki, najczęściej te polecane przez znajomych. A w drodze do i z pracy, która czasem zajmuje mi nawet godzinę, staram się uczyć włoskiego. Na razie na poziomie podstawowym, ale nadal się go uczę.

Myślę, że nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba tylko chcieć.