Wydarzenia

Dealerzy po pracy: Aneta i Patrycja Markowskie


Siostry Markowskie, które prowadzą salon Jeepa na warszawskiej Pradze, jako małe dziewczyny brały udział w wyścigach gokartów. Obecnie właścicielki firmy Edmark Auto propagują swoją markę poprzez organizację spotkań fanów Jeepa.

Nasz tata Edward od zawsze pasjonował się samochodami. Kiedy w latach 80. wrócił do Polski ze Stanów Zjednoczonych, marzył o tym, żeby mieć własny kawałek Ameryki w stolicy. Zanim marzenie się ziściło, prowadził serwis i sprzedaż samochodów marek FSO i Polonezów, a później jako jeden z pierwszych dealerów w kraju otrzymał autoryzację Jeepa i Chryslera. Tata jako ojciec dwóch córek miał niemałą zagwozdkę, ponieważ nie był pewien, czy nam motoryzacja również będzie sprawiała frajdę. Okazało się, że jego obawy były niepotrzebne.

W męskiej dyscyplinie

Patrycja Markowska: W bloku, w którym mieszkaliśmy, sąsiad miał garażu gokarta. Gdy tata go zobaczył, po prostu zwariował. Od razu zaproponował nam, żebyśmy spróbowały. Aneta była sceptyczna, ja zgodziłam się od razu. Na Żeraniu organizowane były zawody gokartów. Pojechaliśmy tam, aby spróbować. Okazało się jednak, że wszystkie gokarty są dla mnie o wiele za duże. Nie ostudziło to jednak zapału taty. Wpadł na pomysł, aby między mnie a fotel włożyć kawałek opony – tak, bym mogła dosięgnąć do kierownicy i pedałów. Udało się i w ten sposób po raz pierwszy prowadziłam gokart! Nie obyło się bez kłopotów: raz tata podbiegł, żeby spytać, czy mi się podoba, pociągnął za linkę gazu, ta się zaczepiła, gokart dostał prędkości i musieli biegać za mną po placu… Ale przeżyłam. Było fajnie, no i się zaczęło.

Przez kilka kolejnych lat jeździłam gokartami i to była naprawdę wielka frajda! Choć trzeba pamiętać, że aby uprawiać w tamtych czasach jakąkolwiek dyscyplinę, trzeba było mieć sporo cierpliwości. Dostępność niektórych części była bardzo ograniczona. A przede wszystkim nie można było iść do sklepu i tak po prostu kupić gokarta. To były pojazdy przydziałowe, dostawało się je po innych zawodnikach. Trzeba więc było czekać… Miałam o tyle dobrze, że tata mógł w swoim serwisie zamienić wysłużoną ramę w jeżdżącego gokarta i, co bardzo ważne, przystosować go do rozmiarów 8-letniej dziewczynki. Inną kwestią był fakt, że paliwo było wtedy na kartki, nie można więc było ćwiczyć bez ograniczeń, a licencję kartingową dostawało się zwyczajowo od 10. roku życia. Ja otrzymałam ją w wieku 8 lat. Oprócz tego, że byłam najmłodsza w całym zespole, to byłam jedyną dziewczynką, w dodatku małą, rudą i piegowatą. Traktowano mnie trochę jak zespołową maskotkę, ale samo jeżdżenie było naprawdę niepowtarzalną przygodą. Kiedy chciałam jechać na przykład na tor do Lublina, tata wsadzał mnie do gokarta, wkładał nas do dużego Fiata kombi i w taki sposób jechaliśmy. Normalne były też widoki samochodów z gokartami na dachu.

Od najmłodszych lat siostry Markowskie pasjonowały ię motoryzacją. Na zdjęciach podczas zawodów kartingowych

To były niepowtarzalne czasy. Wszystko trzeba było zdobyć. Choćby tak prostą rzecz jak kask dla 8-letniego dziecka. Teraz idzie się do sklepu i wybiera model oraz kolor. W naszym dzieciństwie jedyną firmą produkującą kaski była Bella. Musieliśmy złożyć specjalne zamówienie na kask, który będzie miał trzy razy więcej wypełnienia niż standardowy i dzięki temu będzie mógł utrzymać się na mojej małej głowie. Nie można też było kupić kombinezonów kartingowych, niezastąpione okazywały się więc mamy – szyjące je samodzielnie. Podobnie było z butami. Teraz wszyscy, którzy jeżdżą na gokartach, mają specjalne buty rajdowe. Za moich czasów szło się do Składnicy Harcerskiej i kupowało, albo raczej zdobywało się, buty dla judoków. Były bardzo miękkie i za kostkę, więc dobrze imitowały profesjonalne buty rajdowe. Jak się zużyły, to się je podklejało, żeby wystarczyły na dłużej. Przed szkołą średnią zakończyłam przygodę z kartingiem. Po prostu nie było już dla mnie odpowiedniej kategorii. Poza tym wybierałam się do liceum, więc musiałam więcej czasu poświęcić na naukę. Ale Aneta wskoczyła zaraz na moje miejsce, więc tata miał co robić.

Aneta Markowska: Od samego początku kibicowałam siostrze, ale sama nie za bardzo chciałam jeździć gokartami. Byłam trochę strachliwa, wręcz dostawałam temperatury, kiedy tata proponował, żebym spróbowała. W wieku 12 lat sama podjęłam decyzję, że czas wsiąść do gokarta i… też złapałam bakcyla! Najpierw jeździłam na „50”, czyli gokartem o pojemności do 50 cm3, później utworzyła się nowa kategoria – 100 cm3, która obecnie jest zresztą najbardziej popularna. Moja kariera rozpoczęła się na torze Schumachera w Kerpen, gdzie były organizowane zimowe zawody w kartingu. Jednym z moich największych osiągnięć w tej dyscyplinie było zdobycie w 1992 r. wicemistrzostwa Polski, właśnie w kategorii do 100 cm3.

Z Jeepem przez Polskę

Jeżdżąc gokartami, równolegle poznawałyśmy działalność taty zakochiwałyśmy się w amerykańskich samochodach. Ta miłość została nam do dziś, dlatego nasza pasja nierozerwalnie łączy się z pracą. Po godzinach razem z naszymi dziećmi – dwiema córkami i synem, którzy także kochają motoryzację – organizujemy spotkania fanów Jeepa. Bardzo cieszy nas to, że dzięki marce, którą sprzedajemy, możemy łączyć ze sobą fajną pracę, poznawać wspaniałych ludzi i przy okazji zwiedzać z nimi bardzo ciekawe miejsce. Co najważniejsze, dzięki takiemu „układowi” mamy też możliwość spędzania czasu z dziećmi.

Aneta Markowska wraz z siostrzenicą Luizą podczas jednej z wystaw marki Jeep w Warszawie

Bardzo często z klientami i znajomymi, którzy mają Jeepy, jeździmy na spontaniczne wycieczki. Możemy podróżować po Polsce w miejsca, do których normalnym samochodem byśmy nie dojechali. Pierwszą taką wycieczkę, w Bieszczady, zorganizowałyśmy 23 lata temu. Jechaliśmy na normalnych, szosowych kołach i przy każdej górce zastanawialiśmy się, czy uda nam się podjechać. Ostatecznie wszyscy cali i zdrowi wracaliśmy do domów. I tak jest do dziś.

Dwie dekady temu w Polsce było duże zachłyśnięcie jazdą off-road’ową, wielu ludzi to robiło, my też. Później nastąpił przesyt na rynku, a teraz t znowu wraca. I jak w każdej dziedzinie są osoby, które Jeepami jeżdżą w ekstremalnych warunkach i topią samochody, a są tacy, którzy szukają frajdy z podróżowania i oglądania nowych miejsc. My stanowczo należymy do tej drugiej grupy, choć zawsze mamy wyciągarkę, która czasem się przydaje. Jednym z najważniejszych wydarzeń dla fanów Jeepów jest czerwcowy Camp Jeep, gdzie w jednym miejscu spotyka się 150 właścicieli tych aut. To impreza, której nie opuszczamy nigdy!

Siostry Markowskie organizują spotkania fanów Jeepa przez cały rok. Na zdjęciu podczas jednego z zimowych spotkań z klientami

Często spotykamy się też spontanicznie, na przykład w weekendy. Na grupie fanów Jeepów wrzucamy post z informacją, że spotykamy się w dany dzień o ustalonej porze i zawsze pojawia się wielu zainteresowanych. Ostatnio spędziliśmy dzień w okolicach warszawskiego Wawra. Łącznie pojawiło się 48 samochodów! Była piękna pogoda, później zrobiliśmy ognisko, każdy przygotował coś do jedzenia i naprawdę świetnie się bawiliśmy. Podczas takich wyjazdów dzieci uczą się, oczywiście pod opieką dorosłych, technik jazdy, ale przede wszystkim uczą się kultury jazdy. A to umiejętność, której nie da się posiąść podczas kursu na prawo jazdy. Takie rzeczy wynosi się z domu. Podobnie jest z ekologią i szacunkiem do natury. Gdy korzystamy z tras leśnych, zawsze mamy ze sobą worek na śmieci i sprzątamy – nie tylko po sobie.

Wyjazdy to też świetny sposób na zwiedzanie Polski. Dzięki nim mieliśmy możliwość zwiedzenia tak zjawiskowych miejsc jak tunel kolejowy z czasów II wojny światowej w Karpaczu czy okolice Kłodzka, Gór Sowich i Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Zwiedzając Polskę, zawsze przychodzi nam na myśl przysłowie: „cudze chwalicie, swojego nie znacie”. Naszą pasję łączymy też ze wsparciem różnych inicjatyw społecznych. Ostatnio nasze auta jeździły dla WOŚP i zbierały pieniądze. To był bardzo udany pomysł i na pewno będziemy go kontynuowały! Bo nie ma nic fajniejszego niż łączenie pracy z pasją i pomaganiem innym.