Po 2008 nic nie jest takie samo


Od blisko dekady gospodarka USA rośnie średnio ponad 2 proc. rocznie, a wskaźniki amerykańskiej giełdy biją dziś absolutne rekordy. Niestety – do czasu – podkreśla Marek Zuber, analityk finansowy i gość specjalny 10. Forum TOP100

Marek Zuber

Jesteśmy świeżo po udanym dla branży 2017 r. Spora część dealerów jest obecnie zdania, że jeśli w europejskiej i światowej gospodarce nie zdarzy się nic nadzwyczajnego, to branża samochodowa w Polsce da sobie radę – nie tylko w bieżącym roku, ale i w kolejnych. Dlatego pytamy pana, może nie o całą gospodarkę, ale z całą pewnością o jej ważną część: czy aktualna sytuacja na globalnym rynku walutowym wskazuje, że czekają nas spokojne miesiące, czy też powinniśmy się czymś denerwować?

Cały okres mojej pracy zawodowej dzielę na dwa etapy: do 2008 r. i po 2008. Do 2008 r. ekonomia i rynek walutowy były dużo bardziej przewidywalne. Jeśli myliliśmy się co do prognoz kursowych, to o kilka groszy w skali półrocza, jeśli co do wzrostu PKB – to o 0,2 pkt. proc. Po roku 2008 sytuacja zdecydowanie się skomplikowała, ponieważ co rusz pojawiają się nowe czynniki, które zdawały się albo mało prawdopodobne, albo wręcz nieprzewidywalne: tsunami w Japonii i związana z nim katastrofa elektrowni Fukushima, arabska wiosna ludów w Afryce, kryzys migracyjny, skrajne zaostrzenie się relacji USA z Koreą Płn. Można by wymieniać dalej, dość powiedzieć, że nie znam ekonomisty, który tak naprawdę przewidziałby kryzys finansowy w 2008 r. Znam co najwyżej kilku takich, którzy mówili o tym już po kryzysie…

Chce pan powiedzieć, że o światowej ekonomii decydują rzeczy niemające z nią – na pierwszy rzut oka – zbyt wiele wspólnego.

Do tego zmierzam. Odpowiedzieć na pytanie, ile będzie wynosił kurs złotego do euro lub dolara za pół roku czy rok, jest dzisiaj niezmiernie trudno. Pamiętamy, co stało się z frankiem, czyli największą dla Polaków traumę kursową ostatnich lat. To też była przecież odgórna decyzja jednego podmiotu –  szwajcarskiego banku, a nie zjawisko, które można było przewidzieć, opierając się na wskaźnikach i prawidłach ekonomii.

Słowem – prognozy są aktualnie passe. Mamy przejść do następnego pytania?

Formułując prognozy ekonomiczne dziś, każdy poprzedzi je szeregiem zastrzeżeń, które najczęściej będą się zaczynać od zwrotu „jeśli nie”. Zrobię podobnie: jeśli na świecie nie zdarzy się w najbliższym czasie większy kryzys, nie wybuchną wojny albo inny kataklizm, to złoty powinien rosnąć. Z tym że największe umocnienie się złotego będzie miało miejsce w stosunku do franka, który nie jest specjalnie istotną walutą z perspektywy branży dealerskiej. Wzrost złotego wobec euro będzie już mniejszy, nie spodziewałbym się, że euro spadnie wyraźnie poniżej 4 zł. Co więcej, tendencje wzrostowe, o których mówię, będą miały miejsce raczej w pierwszej połowie roku, w drugiej – wzrosty złotego nie są już takie oczywiste.

Dlaczego?

Po pierwsze z uwagi na spodziewane podwyżki stóp procentowych w USA, a co za tym idzie wzrost wartości dolara w stosunku do większości światowych walut. Natomiast jeszcze większe znaczenie – i to po drugie – będzie miała ogólna sytuacja gospodarcza w Stanach, czyli to, jak długo jeszcze potrwa tam hossa, a weszliśmy właśnie w jej dziewiąty rok.

No właśnie, część ekspertów zwraca uwagę, że cykl koniunkturalny we współczesnej gospodarce trwa mniej więcej 9-10 lat. Mamy się szykować na kryzys?

Oby nie, choć obawa faktycznie jest. Od blisko dekady Stany Zjednoczone rosną średnio ponad 2 proc. rocznie, a przypomnę, że mówimy o gospodarce ponad 2,5 raza bogatszej od Polski. Wskaźniki amerykańskiej giełdy biją rekordy, indeks Dow Jones jest dzisiaj na poziomie o 80 proc. wyższym niż w chwili szczytu przed kryzysem 2008! To wszystko niestety nie może trwać wiecznie. A już teraz mamy drugi najdłuższy okres wzrostu gospodarki USA po II wojnie światowej. Jeśli zaś w Stanach pojawiłaby się recesja – nawet nie tak głęboka jak 10 lat temu – to nie ma szans, żeby polskie PKB rosło w tempie 4 proc. rocznie.

Wróćmy jeszcze do złotego i euro. Nie od dziś wiadomo, że polski rynek nowych samochodów reeksportem stoi. Niektórzy twierdzą wręcz, że jeśli euro spadłoby poniżej poziomu 3,9-3,8 zł, to z miejsca rejestrujemy jedną piątą aut mniej. Podziela pan tę opinię?

Przede wszystkim nie przewiduję takiego spadku wartości euro. Ale gdyby nawet, to nie zapominajmy, że euro jest też główną walutą rozliczeniową dla importerów. Za wyraźnym wzmocnieniem się złotego powinno więc podążyć obniżenie cennika na samochody sprzedawane w Polsce. A to z kolei może oznaczać, że straty spowodowane mniejszym reeksportem odrobi się częściowo na własnym podwórku. Zresztą pytanie, czy wówczas reeksport stałby się faktycznie dużo niższy, bo jeśli słabsze euro znalazłoby odzwierciedlenie w tańszej ofercie w polskich salonach, to być może znów będzie się je opłacało sprzedawać za granicą… Nawet biorąc poprawkę na to, że obniżka zapewne nie byłaby proporcjonalna.

To może siła złotego nie ma dla branży samochodowej aż takiego znaczenia?

Tego nigdy nie powiem. Zawsze będzie tak, że gdy złoty będzie się zbytnio umacniał, eksporterzy będą mieli problem. Ucieszą się za to importerzy, choćby aut używanych z Zachodu. I na odwrót. Zatem nawet jeśli sumarycznie sprzedaż samochodów będzie na zbliżonym poziomie, to na pewno nie będzie tak, że nikt nie straci, albo że wszyscy zyskają po równo. Zresztą weźmy pod uwagę, że zbyt słaby złoty to z kolei również większe obciążenie dla zwykłych konsumentów – droższe paliwo, większe obciążenie dla osób spłacających kredyty walutowe. Także dla potencjalnych klientów dealera, którzy mogą wówczas odłożyć zakup samochodu na lepsze czasy. Reasumując ten wątek – kurs walutowy ma dla branży motoryzacyjnej istotne znaczenie. Najgorsze jednak nie jest długookresowe osłabienie się czy umocnienie się danej waluty, ale szybkie, gwałtowne zmiany kursu.

Czyli coś, co przerabialiśmy w 2008 roku.

Dokładnie. W kwietniu 2008 r. mieliśmy rekordowo mocny złoty, na poziomie 3,30 zł za euro. Minął ledwie rok, przeszliśmy przez kryzys Lehman Brothers, i złoty spadł względem euro do nienotowanego wcześniej poziomu 4,95! Jak w takiej sytuacji planować swój biznes? Co powiedzieć klientom, którzy za ten sam towar muszą zapłacić o 30 proc. więcej niż parę miesięcy wcześniej?

Czy w takim razie według pana wspólna waluta – abstrahując na razie od konkretu – jest dla przedsiębiorców stanem pożądanym, bo daje spokój i większą pewność prowadzenia biznesu, czy też oznacza jednak utratę określonych szans biznesowych, jak postawienie na eksport przy słabszym złotym, a na import przy mocnym?

Praktycznie każdy przedsiębiorca, który ma cokolwiek do czynienia z obcą walutą – choćby poprzez pośredników, czyli na przykład kupując towar w Polsce, ale sprowadzony dla niego z zagranicy – odpowie, że chciałby wspólnej waluty. Bo chciałby móc przestać myśleć, ile dany towar będzie kosztował za miesiąc, dwa czy rok w związku ze zmianą kursu. Jeżeli firma nie trudni się spekulowaniem na walucie, kurs staje się dla niej niepotrzebnym obciążeniem. Dealer ma sprawnie sprzedawać samochody, a nie zastanawiać się, czy kupić auta używane z zagranicy za tydzień czy za miesiąc, bo może uda mu się wtedy zaoszczędzić na kursie.

No to teraz skonkretyzujmy: jak wyglądałyby te zalety, zwłaszcza w zestawieniu z realnymi wadami, w przypadku zamiany złotego z euro?

Zdecydowana większość poważnych analiz ekonomicznych kończyła się konkluzją, że bilans wejścia do strefy euro byłby dla nas korzystny. Że wspomnę choćby dwa raporty NBP – jeden z okresu prezesury Leszka Balcerowicza, drugi z czasów Sławomira Skrzypka. Jest tylko jedno „ale”: oba raporty zostały przygotowane przed 2008 r., a tak silnego kryzysu nie brał pod uwagę żaden z nich. Co więcej, fakt, że Polska miała własną walutę był jednym z istotniejszych czynników, które sprawiły, że uniknęliśmy recesji. Jak już wspomniałem, złoty osłabił się bowiem wtedy na tyle, że polscy eksporterzy dostali do ręki dodatkowy argument konkurencyjny – polskie towary potaniały w krótkim czasie o 30-40 proc. Pamiętam też przykład firmy Electrolux, która przeniosła dwie swoje fabryki ze Szwecji do Polski, przede wszystkim właśnie ze względu na niską wartość złotego. Nagle okazało się bowiem, że koszty pracy w Polsce zmniejszyły się o kilkadziesiąt procent. Nie tylko zresztą koszty pracy.

To gdzie ten dodatni bilans euro?

Słowacja weszła do strefy euro w 2009 r. Nie brakowało ekspertów, którzy wieścili dramat, co miały potwierdzać rejestracje słowackich samochodów, którymi Słowacy ruszyli na zakupy do Polski. A jednak nic strasznego się nie stało. Dwa pierwsze lata, były nieco trudniejsze, natomiast po dekadzie bilans jest dodatni: słowacka gospodarka jest bardziej stabilna, przyciąga do siebie wielu zagranicznych inwestorów, obsługa długu publicznego kosztuje Słowaków mniej…

Zapominamy chyba o podstawowym pytaniu: czy strefa euro w ogóle przetrwa?

Zgadza się, to zasadne pytanie, choć moim zdaniem przetrwa. Od 2015 r. strefa euro jako całość notuje już dość wyraźny wzrost PKB. Oczywiście mówienie o przyjęciu euro przez Polskę jest dzisiaj czysto teoretyczne, gdyż po pierwsze nie spełniamy kryteriów wejścia, a po drugie – nie ma u nas do tego woli politycznej. Natomiast uważam za błędną tezę, aby w ogóle nie zajmować się na razie tym tematem. Dlaczego? W ostatnich latach pojawiły się co najmniej trzy nowe okoliczności. Pierwsza to aneksja Krymu przez Rosję i konflikt we wschodniej Ukrainie, co znacząco zwiększyło ryzyko prowadzenia biznesu w naszej części świata. Wejście do strefy euro postrzegam jako czynnik zmniejszający to ryzyko. Druga okoliczność to nasilające się zjawisko Europy dwóch prędkości. To już fakt i zacieśnianie się relacji państw strefy euro będzie następowało. A to oznacza, że wzrasta ryzyko, że Polska zostanie na zewnątrz najważniejszej, najsilniejszej części UE. I po trzecie – Brexit, który oznacza, że nie będzie w UE potężnego kraju broniącego interesów tych, którzy euro nie mają. Już nie wspomnę o tym, że Litwa, Łotwa, Estonia i Słowacja posługują się euro. Czechy są na najlepszej drodze, żeby wspólną walutę przyjąć. Chcą tego Bułgaria i Rumunia. I Węgry też nie mówią nie. W naszym regionie możemy zatem zostać sami. Z tych powodów uważam, że dyskusja na temat przyjęcia euro jest dzisiaj w Polsce zasadna i potrzebna.

Bo – podobnie jak przy prognozach – decydujące znaczenie mogą tu mieć nie czynniki gospodarcze, ale bezpieczeństwo i polityka?

W dużej mierze tak, choć o gospodarce nie wolno zapominać. Choćby po to, aby nie wejść do strefy euro zbyt szybko, jak zrobiły to – co okazało się dopiero po kilku latach – na przykład Hiszpania czy Portugalia. Nie chodzi tu wyłącznie o spełnienie tzw. kryteriów nominalnych, jak stosunek deficytu budżetowego czy długu publicznego do PKB. Bardzo ważne są również wskaźniki realne – wydajność pracy, dochód na mieszkańca itd. Jeśli nie ma tu wystarczającej zbieżności, to w chwili kryzysu, a zarazem braku własnej waluty i polityki monetarnej, słabsze gospodarczo kraje będą miały bardzo poważne problemy. Kazus Hiszpanii jest tu dosadny: bo oto kraj, który odniósł w Unii gigantyczny sukces, po wybuchu pierwszego poważnego kryzysu spadł w latach 2012-2013 niemal na samo dno, czego przykrą „wizytówką” było blisko 30-proc. bezrobocie. I nawet jeśli taki kryzys jak w 2008 r. nie powtórzy się przez najbliższe dziesięciolecia, to kręta droga, jaką przeszła Hiszpania, powinna być dla nas ważną nauką.