Wydarzenia

10 lat, czyli tam i z powrotem


Kiedy biorę do ręki pierwsze numery „Dealera” z 2007 roku, główna refleksja jest w zasadzie tylko jedna. Przynajmniej połowa tekstów, jedynie po drobnych poprawkach, mogłaby się ukazać i dziś.

Marek Konieczny, wydawca miesięcznika „Dealer”

Choćby tekst okładkowy jednego z pierwszych numerów „Wojna o pracowników czyli rynek pracy a wynagrodzenia”. Autorzy artykułu stawiali dealerom podstawowe pytania: „O jakich pracowników walczą firmy na polskim rynku? Jak bronić się przed wygórowanymi roszczeniami własnej załogi? Których pracowników warto chronić przed atakiem konkurencji?” Wszystkie te pytania prawie w dokładnym brzmieniu słyszymy i dzisiaj. I podobnie jak 10 lat temu nikt nie ma na nie idealnych, a czasami i żadnych odpowiedzi. Różnica jest tylko taka, że wtedy średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 2885 zł brutto, a teraz to ponad 55 proc. więcej.

Ale wtedy, w roku 2007, polski rynek dealerski dyskutował i o mniej przyziemnych problemach. Choćby o wielomarkowości. Pomimo że od wejścia Polski do Unii Europejskiej i wprowadzenia pierwszego GVO minęły wtedy już dobre cztery lata, to wielomarkowość była ciągle nowym tematem. Multibrandowa rewolucja wciąż była w Polsce dopiero w dealerskich planach. „Multibrandy należą u nas do rzadkości i są raczej próbą sprzedaży dodatkowej marki niż sprzedażą stricte wielomarkową. (…) Salon „z prawdziwego zdarzenia”, zakładany od podstaw i oferujący więcej niż dwie marki jest tylko jeden. Należy do Centrum Motoryzacyjnego Toruńska wchodzącego w skład PGD”. Pomimo tego, że przez te 10 lat multibrandy spowszedniały i zdążyliśmy nawet przeżyć importerską kontrrewolucję skierowaną przeciwko nim, sytuacja na polskim rynku jakoś drastycznie się nie zmieniła. W całej masie stacji dealerskich multibranding nigdy nie przekroczył w Polsce 10 procent rynku (a wtedy, w 2007, snuliśmy marzenia o 20 procentach) i choć Centrum Toruńska nie jest już jedynym „multibrandem” pełna gębą, to salonów wielomarkowych nadal jest w porównaniu z Europą Zachodnią naprawdę niewiele.

O wielomarkowość i jej roli w rozwoju rynku spierali się też wtedy dealerzy. Adam Pietkiewicz z PGD mówił, że wielomarkowość to absolutna podstawa wzrostu, a Piotr Sójka z Carolina Car Company – warszawskiego dealera Toyoty miał kompletnie odmienne zdanie. „W przypadku Toyoty dealerzy nie potrzebują innych marek, aby ich firmy były firmami dochodowymi, rentownymi, prowadzącymi wysoką sprzedaż” – mówił. Od tamtych wypowiedzi minęło dziesięć lat i żaden z naszych rozmówców zdania nie zmienił. Polska Grupa Dealerów zbudowała swoją pozycję na wielomarkowości, a Carolina na wierności Toyocie. I obie strategie okazały się skuteczne – PGD zwiększył w ciągu ostatnich dziesięciu lat swoje portfolio do 12 marek i kilkunastu zespołów obiektów dealerskich, a Carolina przestała być tylko dealerem warszawskim, otwierając kolejne obiekty japońskiej marki w Ostrołęce i Bielsku-Białej.

Zdania nie zmienili też importerzy. W artykule z jednego z pierwszych „Dealerów” znajdziemy fragment: „takie marki jak Toyota, Honda czy koncerny francuskie na samą myśl o wzbogaceniu ich salonu o inne marki dostają gęsiej skórki”. I dostają do dziś.

Lepiej czy gorzej, ale z wielomarkowością jakoś poszło. Natomiast kolejny wiodący temat zmian prawnych i organizacyjnych europejskiego rynku, który pod koniec roku 2007 zaprzątał głowy polskim dealerom, okazał się po latach kompletnie bez znaczenia. Kto z państwa dziś potrafiłby dokładnie wytłumaczyć co to była „klauzula lokalizacji”? A w „Dealerze” numer 2 tematem tym zajmowali się nie tylko dziennikarze. Publikowaliśmy też wielostronicowe stanowisko Rady Dealerów przy Polskiej Izbie Motoryzacji (która nota bene za 2 lata, w roku 2009 przekształciła się w Związek Dealerów Samochodów) w sprawie „prawnych możliwości rozwoju firm dealerskich w zakresie tworzenia nowych punktów sprzedaży samochodów i punktów wydawania samochodów po zniesieniu klauzuli lokalizacji”. Stanowisko było ostre, potępiało „niezgodne z prawem bariery stawiane polskim dealerom” i wyrażało nadzieje, że „już niebawem działania importerów będzie można traktować jako incydenty związane z początkiem nowej dla wszystkich praktyki”. Niestety nadzieje okazały się płonne, podobnie jak i zapał dealerów do zakładania nowych punktów bez zgody importerów. A o klauzuli lokalizacji nikt już dziś nie pamięta.

Ale jest jednak rzecz, która na szczęście zmieniła się przez te 10 lat. W prognozach sprzedaży, które publikowaliśmy w jednym z pierwszych „Dealerów”, wszyscy przewidywali 20- a nawet 30-procentowy wzrost rynku i znakomity wynik roku 2007 – około 360 tys. sprzedanych aut. Jak zwykle w „Dealerze”, prognozy okazały się całkowicie prawidłowe. I co to ma do dziesięciu lat miesięcznika „Dealer”? W zasadzie nic. Tyle tylko, że dziś spieramy się czy polski rynek w tym roku osiągnie 540 czy może 550 tysięcy sprzedanych aut.

Ładowanie