Informacje o planowanej redukcji załogi o 100 tys. pracowników do końca bieżącej dekady połączone z wygaszeniem działalności czterech zakładów produkcyjnych – w Hanowerze, Zwickau, Emden oraz Neckarsulm – zaskoczyły nie tylko opinię publiczną, ale także, jeśli wierzyć niemieckiej prasie, przedstawicieli rady zakładowej funkcjonującej wewnątrz Grupy Volkswagen.
Niespodzianką okazała się przede wszystkim skala zmian, które chciałby przeprowadzić Oliver Blume, dyrektor zarządzający największego europejskiego producenta samochodów, znacznie wykraczająca poza ramy ustaleń wypracowanych w porozumieniu ze związkami zawodowymi w 2024 r.
Gdy przed dwoma laty obie strony osiągnęły bowiem zgodę, stanęło m.in. na tym, że niemieckie fabryki Volkswagena, z drobnymi wyjątkami, nie zostaną zamknięte w tej dekadzie. Do redukcji etatów, owszem – miało dojść, ale w ramach dobrowolnych odejść, programów wcześniejszych emerytur czy nieobsadzania wakatów.
Już wcześniej, w 2026 r., gdy Oliver Blume zapowiedział zwolnienie 50 tys. stanowisk, stało się jasne, że osiągnięte porozumienie nie wytrzyma próby czasu. Najnowsze doniesienia stawiają jednak sytuację firmy w zupełnie innym świetle. Redukcja 100 tys. etatów oznaczałaby de facto zmniejszenie całkowitej liczby pracowników koncernu o około 15 proc.
Na taki ruch niemal na pewno nie zgodzą się z kolei przedstawiciele rady zakładowej oraz władze Dolnej Saksonii, którzy dysponują odpowiednią liczbą głosów, by zablokować najbardziej kontrowersyjne propozycje. Problem? Oliver Blume oraz jego współpracownicy doskonale zdają sobie sprawę z silnej pozycji związków w Niemczech, co znaczy tyle, że zaproponowane przez nich warunki wynikają najprawdopodobniej z rzeczywistej konieczności.
Nie jest zresztą tajemnicą, że z 630-650 tys. pracowników na terenie całego świata, Grupa Volkswagen dysponuje kapitałem ludzkim dalece wykraczającym poza możliwości konkurencyjnych graczy. Dla porównania w 2025 r. w Toyocie zatrudnienie znalazło 384 tys. pracowników, w Stellantisie – 259 tys., a w Fordzie – 169 tys.
W obecnych warunkach, gdy cła wprowadzone przez Biały Dom utrudniają funkcjonowanie na terenie USA, a coraz silniejsza konkurencja w Chinach wypiera Volkswagena z największego motoryzacyjnego rynku świata, staje się jasne, że możliwości produkcyjne grupy przekraczają jej rzeczywisty potencjał sprzedażowy. Utrzymanie obecnej skali działalności grozi dalszym pogorszeniem rentowności, ale głęboka restrukturyzacja oznacza konflikt z pracownikami i ryzyko polityczne.
Osoby decyzyjne lidera niemieckiej branży samochodowej stoją zatem przed niemożliwym wyborem, gdy żadne z rozwiązań znajdujących się na stole nie gwarantuje sukcesu w dłuższej perspektywie. Jak powiedział Oliver Blume „model biznesowy Volkswagena, który sprawdzał się przez dekady, przestał działać”.
Fot. Volkswagen


