Wydarzenia

MINI Cooper D – rozsądny wybór


Gokartowa frajda z jazdy” – takie hasło niezmiennie towarzyszy marce MINI. I właśnie na to nastawialiśmy się, odbierając kluczyki do srebrnego „miniaka”. Oddając go z powrotem, byliśmy zmuszeni przyznać, że tej gokartowej frajdy było dosyć mało. Mimo to byliśmy zadowoleni z testów. Jak to możliwe?

Może zaczniemy od tego, że testowanym egzemplarzem był pięciodrzwiowy MINI Cooper D. W tej wersji samochód mierzy blisko 4 metry. Z przodu osoby o „standardowych” rozmiarach nigdy nie narzekały na komfort. Gorzej bywało z tyłu. W tej przedłużonej wersji przestrzeni (zwłaszcza na nogi) nadal nie jest zbyt wiele. Nawet pięciodrzwiowa wersja Coopera nie sprosta wymogom stawianym przed samochodami przeznaczonymi do profesjonalnego przewozu osób, a i pasażerowie Ubera pewnie by ponarzekali. Jednak testowanym MINI przejechaliśmy ponad tysiąc kilometrów w składzie trzyosobowym i było naprawdę OK. Dodatkowa para drzwi daje też zdecydowanie większy komfort przy wsiadaniu i wysiadaniu. „A bagaże?” – spyta ktoś. I tu przeżyliśmy zaskoczenie. Bo o ile w wersji trzydrzwiowej trzeba się pogodzić z tym, że poza dwiema „kabinówkami” raczej nic więcej nie spakujemy, tak do testowanego egzemplarza zapakowaliśmy średnią walizkę, torbę i jeszcze parę mniejszych rzeczy. Było to możliwe z uwagi na dodatkowe 70 litrów pojemności „kufra”.

„D” w nazwie wersji MINI Coopera oznacza, że mieliśmy do czynienia z silnikiem diesla, a konkretnie jednostki o pojemności 1,5 litra i mocy 116 KM. Wystarcza to do dynamicznej jazdy po mieście, a i w trasie wyprzedzanie należało do przyjemnych. Wersja 5-drzwiowa jest też dobrych kilkadziesiąt kilogramów cięższa od 3-drzwiowej, dzięki czemu odczuwalnie samochód jest mniej podatny na boczne podmuchy wiatru. 1,5-litrowy diesel gwarantuje też oszczędność paliwa. No dobrze, ale czy te wszystkie cechy powodują, że MINI Cooper D nie może dawać frajdy? Pewnie może, choć my… średnio mieliśmy okazję się o tym przekonać. Nasze testy przypadły na największe styczniowe śnieżyce i zdarzało się, że nawet na autostradzie jechaliśmy 60 km/h. Być może dzięki temu bardziej docenialiśmy pozostałe zalety „miniaka”. To, że oferta marki o brytyjskich korzeniach jest coraz bardziej wszechstronna, sprawia, że znajduje ona coraz więcej klientów. Testowana przez nas wersja kosztuje około 150 tys. zł. To nadal sporo. Wcześniej jednak nie brakowało osób z zasobniejszym portfelem, które chciały wyróżnić się na drodze, ale trudno im było pogodzić się z niektórymi ograniczeniami. Dziś mogą wybrać takie MINI, jakie im się podoba, na przykład bardziej rozsądne – jak to, które testowaliśmy. Pewnie dlatego w 2017 r. w Polsce sprzedało się blisko 1,9 tys. aut marki MINI – o 1,1 tys. więcej niż w 2013 r.